poniedziałek, 22 stycznia 2018


                                                 DZIKIE RÓŻE


NIEMY KRZYK
Najnowszy obraz Anny Jadowskiej określa pierwsza scena. Obszar szpitala, gdzie rozpoczyna się film, zostaje mocno zawężony do korytarza, tworząc przestrzeń zamkniętą i w zasadzie klaustrofobiczną. Uwagę kamery pochłania niemal całkowicie twarz Ewy, głównej bohaterki granej przez Martę Nieradkiewicz. Obok Ewy siedzi jakaś kobieta, ale jej sylwetka jest ścięta, pozbawiona twarzy. Pozostaje anonimową figurą, którą określa płacz. Głośny, intensywny szloch kontrastuje z twarzą bohaterki, która jest niemal nieruchoma. Niemal, bo choć aktorka pozbawia swoją postać ekspresji, nadaje jej wewnętrzny ładunek emocjonalny. Oblicze bohaterki wcale nie jest puste, intuicyjnie wyczuwamy, iż bohaterką miotają bardzo silne uczucia, które jednak długo pozostają tajemnicą. Napięcie w tej scenie wynika z dysonansu między introwertyczną twarzą Ewy a płaczem sąsiadki. Nieprzystawalność tych elementów budzi niepewność widza, ale konstruuje też swoistą zagadkę. Co ciekawe w scenie tej w zasadzie nic się nie dzieje, ale w wymiarze psychologicznym dzieje się dużo.

I tak jest już do końca filmu. Jadowska zresztą nie ułatwia nam zadania. Co prawda dość szybko pojawiają się komponenty, z których możemy sobie zbudować historię i portret kobiety. Mąż za granicą, niedokończony dom, dwójka dzieci, z którymi z trudem sobie radzi, matka, która nad nią czuwa, romans z nieletnim chłopakiem i jeszcze przygotowania do komunii. Ale to nie wydarzenia tworzą film, ale emocje, stany, myśli. Ewa jednak jest cicha- w sensie dosłownym i przenośnym. Ucieka od słów, deklaracji, konkretów. Trudno dotrzeć do bohaterki. Wycofana, stonowana, bierna, zbyt grzeczna, łatwo ulegająca innym. Niełatwo jest poznać bohaterkę, niełatwo jest też polubić. Brak charyzmy i bezwolność z jednej strony, z drugiej - niedojrzały związek z nieletnim chłopakiem i podporządkowanie się matce. Jej działania mają charakter destrukcyjny, ale ale inaczej nie potrafi wyrwać się z ram, które stworzyła jej matka, otoczenie.


Ale od początku jest w niej opór. Na początku to taki opór kamienia, bezwładny, toporny, naznaczony instynktem i naturalnym prawem ciążenia. Tak wyraża się jednak jej bunt. Choć nie krzyczy, nie protestuje, to jednocześnie nie otwiera drzwi przyjaciółce, która chce jej pomóc, nie wyjeżdża po męża, kiedy ten wraca z zagranicy. Nie udaje szczęśliwej, wyłamuje się z oczekiwanych zachowań. Jest bliska depresji, ale jej nie ulega, wyłamuje się z konwenansu i stereotypowych ról. Rodzi się w niej wewnętrzny krzyk, który czasem daje ujście w krótkich zwarciach gniewu. Widać, że ta dziewczyna się przełamuje, że chce się obudzić z letargu.

Nie jest to łatwe choćby ze względu na środowisko, w którym funkcjonuje. To świat małej wioski, który Jadowska przedstawia bardzo ciekawie. Nie ulega pokusie idealizacji, choć tworzy ten świat na bazie wspomnień z dzieciństwa. Nie tworzy też opresyjnej rzeczywistości, obarczonej karykaturą. Dominuje realizm. Stąd mamy świat hermetyczny - tu trudno coś ukryć, tu nie ma miejsca na intymność, na wolność, na bycie sobą. To rzeczywistość mocno wpychająca w schematy, szczególnie kobiety, które tkwią na posterunku, nie zawodzą i ze wszystkim sobie radzą. Wierne żony, opiekuńcze matki, szanowane kobiety, grzeczne córki. Wieś w filmie jest patriarchalna, konserwatywna, zakłamana, ale pokazane jest to w sposób nienachalny. Można było wątpić w potrzebę wpisania w film wątku komunii, ale spełnia on właśnie dość ważną rolę w budowaniu obrazu tej społeczności. Reżyserka ucieka od groteski czy satyry, pokazuje za to tradycyjną religijność, skostniały i zhierarchizowany świat, wpisany w schematy, z jasno określonymi rolami, Tu nie ma miejsca na wątpliwości, na dylematy czy nieszablonowość. To środowisko opresyjne, nawet wbrew swoim intencjom. Trafnie ukazuje to przypadek jej przyjaciółki, która chce dobrze i próbuje pomóc Ewie, ale nie potrafi. Zbyt wąskie horyzonty, uproszczona wizja świata, atroficzna emocjonalność sprawiają, iż nie jest w stanie jej zrozumieć. Ten świat bohaterce niewiele może zaproponować. Buduje tradycyjne role i tradycyjny ogląd świata, piętnuje i obarcza bagażem winy. Ewa się dusi, czuje się stłamszona, zagubiona, niezintegrowana z otaczającą rzeczywistością.


Obrazuje to chociażby przestrzeń domu. Przestronny, pusty, niezagospodarowany, paradoksalnie wpisuje bohaterkę w przestrzeń klaustrofobiczną. Bardziej się ona błąka niż mieszka. Widzimy, że to nie jest jej świat - nie obłaskawia go , nie ujarzmia, nie nadaje swego charakteru. To złota klatka, która nawet nie jest złota; i nigdy nie będzie. Zagubione zabawki na stercie piachu przed domem uzmysławiają prowizoryczność, chaos, bałagan. Tu nic nie jest na swoim miejscu, tu nic nie jest dokończone - i dokończone nie zostanie. Ponadto przestrzeń wokół domu określa pustka, tak jakby budynek był zawieszony w próżni. W prosty sposób, za pomocą motywu domu, reżyserka buduje obraz związku, który jest atroficzny. Chylę jednak czoła przed Jadowską, że nie skonstruowała małżeńskiego obrazu w sposób jednostronny i tendencyjny. Wcale nie jest oczywiste, że miłość się wypaliła i że pary nic nie łączy. Niedomówienia zostawiają wiele pustych miejsc. Trudno też się zgodzić, że Żurawski buduje swoją postać męża w oparciu o patriarchalną przemoc. Jadowska, bynajmniej go nie usprawiedliwiając, pokazuje jako ofiarę. Jest w całej tej sytuacji tak samo bezradny i zagubiony jak żona. Łzy w oczach w sytuacji, kiedy dochodzą go plotki o romansie Ewy, świadczą o pewnej wrażliwości i jednocześnie niemocy. Nawet agresywna pewność siebie, która się pojawia w słowach i czynach, świadczą o jego słabości. W takich momentach wygląda bardziej na rozkapryszone dziecko, jak wtedy kiedy po powrocie domaga się erotycznej czułości. Odmowa owocuje obrażeniem i odejściem. Jego też ogranicza, zniewala rola męża, mężczyzny. Zarobić, zbudować dom, spłodzić dzieci, stworzyć poczucie finansowej stabilizacji. I być może większość kobiet we wsi zazdrości Ewie, być może to są cechy godne pochwały, ale problem polega na tym, że Ewa potrzebuje czegoś innego. Jego świat to świat męskich rozrywek, męskich pogaduszek, męskich postaw. Nie tyle nie chce, co nie potrafi on zbliżyć się do żony.

Bohaterka, samotna, wyobcowana, niepotrafiąca być w związku z drugim człowiekiem, męczy się więć w małżeństwie, domu, wiosce. Jej wrażliwość w tej przestrzeni jest słabością. Nie potrafi nazwać swych uczuć, więc milczy, tłamsi je w sobie, ucieka. Oddycha dopiero na plantacji dzikich róż. To kolejny świetnie poprowadzony pomysł reżyserki, który także został zaczerpnięty z biografii Jadowskiej. Oryginalny i zaskakujący. Już oglądając plakat, miałem wrażenie obcowania z kinem południowoamerykańskim, pejzażem zaczerpniętym z konwencji realizmu magicznego. Albo żywcem wziętym z wiersza Leśmiana W malinowym chruśniaku, tylko zamiast owoców tutaj pojawiają się kwiaty. To natura magiczna, kobieca - zmysłowa i tajemnicza. Tu czas płynie inaczej, tu bohaterka wydaje się być sobą, tu może się zapodziać i zniknąć. I tu być może dochodziło do spotkań z nastoletnim kochankiem. Ale u Jadowskiej to jednak świat zwodniczy, niebezpieczny, dziki. Niebezpieczny, bo w kluczowym momencie „połyka” małego Jasia. Natura staje się źródłem dramatu, ale pozwala też bohaterce spojrzeć w lustro, odnaleźć siebie. Nie lepszą czy gorszą - ale prawdziwszą. To w jakiś sposób dziewicza siła, która ujawnia pierwotne emocje, które tkwią w Ewie, pozwalają jej przełamać bariery. Jakby symbolicznie złożyła ofiarę w postaci dziecka. Poszukiwania w którymś momencie stają się poszukiwaniem samej siebie. To wtedy rzuca mężowi kilkakrotnie bolesne, intensywne, żałosne : ale Cię tu nie ma. Żal, pretensja, smutek, oskarżenie, okrzyk bólu- a może wszystko naraz. To wtedy też przedziera się nocą sama przez gąszcz lasu i jest w tej scenie nie tylko dramat kobiety, ale też symboliczna podróż w głąb siebie. Wreszcie, kiedy wszyscy świętują odnalezienie chłopca, ona idzie spotkać się z kochankiem.



.
Ale w finale zostaje sama- obaj „mężczyźni” zawodzą. Cały czas jakby stali z boku, zbyt skupieni na sobie, sformatowani przez tę rzeczywistość. Pozbawiona wsparcia męskiego, bohaterka ma poczucie ogromnej samotności. Ale jednak nie do końca jest sama. Postać Ewy jest rozpisana jakby na trzy role. Przegląda się jak w lustrze zarówno w swojej matce, jak i córce. Odbicia, choć prowadzone równolegle, podążają w zupełnie przeciwnych kierunkach.

Matka, naznaczona brakiem mężczyzny, samotna i gorzko doświadczona, chce uchronić córkę przed własnym losem. Chce dać jej szczęście, zadbać o jej przyszłość. W dobrej wierze podejmuje decyzje w imieniu Ewy, stara się pomóc jej dźwigać życiowy ciężar. Jest apodyktyczna, mało subtelna, opryskliwa, ale próbuje działać. Staje po stronie rytuałów, po stronie konwenansów, ale tylko taką drogę zna, wie, że inaczej być nie może, że trzeba zaakceptować swój los, pójść na kompromis. Proponuje więc uległość, zaniechanie, zapomnienie, wizję związku posklejanego usłużnością żony. Matka w wykonaniu Haliny Rasiakówny nie jest przedstawiona karykaturalnie, ona też żyje w swoistej matni, jest ofiarą naznaczoną przeszłością. Ale tak czy inaczej staje się strażniczką harmonii i porządku, a Ewa ma dosyć udawania, dosyć życia w świecie pogrążonym w uprzedzeniach, fałszywym moralnie. 
 
Stąd to córka Marysia staje się jej bliższa. Dziewczynka to zupełnie inna osobowość - niepokorna, buntownicza, ekspresywna i gwałtowna. Ujawnia wszystkie swoje emocje, choć często ich nie rozumie. Ale próbuje je nazwać i to w sposób hiperboliczny i ekstatyczny. Krzyczy, tupie, obraża się, wymusza, atakuje - po prostu walczy. A walczy o uwagę, o wolność, o miłość. Jest w niej dużo pasji i gniewu. Nie daje się stłamsić ani babce, z którą nieustannie się ściera, ani ojcu, ani otoczeniu. Jej agresja jest odbiciem tego, co się dzieje w domu-braku ojca, pasywności matki, dominacji babki. Miota się, czuje się samotna i oszukana, więc krzyczy, szuka sobie miejsca. Buntuje się. 

Być może to właśnie córka będzie pierwszym pokoleniem, które może mieć narzędzia, by protestować, próbować wyrażać siebie, po prostu kreować swoje życie. Takie założenia były twórców filmu i to się udało. Postawę buntowniczą szczególnie widać w stosunku dziewczynki do komunii. Dla tak młodej istoty sakrament ten jest niezrozumiały - szczególnie spowiedź staje się dużym wyzwaniem emocjonalnym i psychicznym. Próba rozmowy z księdzem, która nie jest tylko wyklepaniem oczekiwanej formułki, kończy się porażką. Katharsis dziewczynki, kiedy mówi o nienawiści do rodziców, zostaje zbagatelizowane. Instytucja Kościoła całkowicie w tej historii zawodzi. Choć ukazana marginalnie i bez jadowitości idealnie wpisuje się w schematyczność wiejskiego świata. Sakrament komunii w kulturze chrześcijańskiej jest czasem inicjacji, wyjścia z okresu dzieciństwa. Ale zamiast tajemnicy, mądrości dorosłych, odpowiedzialności księdza w przeprowadzeniu przez tę trudna drogę, mamy tylko pusty rytuał, który - jak mówi sama Jadowska- wtłacza kobiety w schematy, formatuje, podporządkowuje, pozbawia indywidualności. To forma łamania osobowości i wolności. Stąd opór i niechęć podporządkowania się dziewczynki.I kiedy wszyscy grają w teatrzyku zwanym komunią, ona jako jedyna rozsadza, intuicyjnie, sztuczność tego obrządku. Spotyka ją jednak ze wszystkich stron ignorancja, obojętność i milczenie. Nikt nie chce jej wysłuchać, nikt nie chce rozmawiać, bagatelizując jej uczucia. Zostaje sama ze swoimi emocjami. Nawet Ewa długo nie dostrzega, że pod wybuchami gniewu kryje się miłość, tkwi głęboka wieź z matką. Dziewczynka intuicyjnie rozróżnia już świat męski i żeński i intuicyjnie czuje cierpienie matki. I to właśnie Marysia dzięki emocjonalnej mądrości, hardości, wojowniczej naturze ma szansę w przyszłości być zintegrowana ze światem swoich uczuć, umieć wyrażać swoje potrzeby. I to ona - przewrotnie - staje się inspiracją dla matki.

 
To nie jest film prosty - przygnębia, nie nawiązuje łatwego kontaktu z widzem, nie buduje łatwych relacji z bohaterką. Jak mówiła sama reżyserka, chciała sprowadzić jej życie do mikroelementów, do drobnych rzeczy, bardzo delikatnych emocji. Wszystkiego, co dzieje się pod powierzchnią wydarzeń. I to się udało. Tutaj prawie nikt nie wyraża tego, co czuje, co myśli, dlatego słowa są tak ważne. A to współgra bardzo dobrze z wizualną stroną filmu. Chłodna, ascetyczna, korespondująca ze stanem emocjonalnym bohaterki, a jednocześnie dość plastyczna, momentami nieco oniryczna, bardziej w zgodzie z dziecięcym punktem widzenia.

Docenić należy brak jednoznacznych ocen, twórcy nie szukają łatwej winy, nie oskarżają. W filmie nie ma raczej złych bohaterów, tu są jedynie przegrani. Wszyscy są samotni bardziej lub mniej, a Jadowska czule i intymnie portretuje ich zagubienie, strach, niemoc. Oczywiście na plan pierwszy wysunięta jest Ewa w świetnej interpretacji Marty Nieradkiewicz. To jedna z ciekawszych kobiecych ról w polskim kinie ostatnich lat. Jej postać nie zdobywa sobie łatwo naszej sympatii, może budzić współczucie i irytację, podziw i odrzucenie. A niemal nieruchoma twarz aktorki nie pozwala nam jednoznacznie określać jej emocji, odczytać jej myśli. Finał też nie krzepi, być może to dopiero początek tragicznej historii, ale proces przemiany się dokonał. Bohaterka zawieszona między córką a matką, mężem a kochankiem, między być czy mieć, w końcu dokonuje wyboru. Nie godzi się na porzucenie samej siebie. Przezroczysta na początku, bez osobowości, w finale przestaje uciekać, postanawia zmierzyć się ze sobą, nawet za cenę przegranej. Widzimy Ewę świadomą i dojrzałą w tym znaczeniu, iż  przestaje spełniać oczekiwania otoczenia, odzyskuje głos wewnętrzny, odzyskuje siebie. Uświadamia sobie, że musi iść swoją drogą. 
 
Dzikie róże to kino głęboko intymne, otwarte na emocje. Uwodzą prawdą i emocjonalną intensywnością, pozostają blisko człowieka.

T.M.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

                 ZABICIE ŚWIĘTEGO JELENIA





CAŁKOWITE ZNIECZULENIE

Film bierze swój tytuł od sztuki Eurypidesa Ifigenia w Aulidzie, w której grecki dowódca armii Agamemnon przypadkowo zabija świętego jelenia należącego do bogini Artemidy. Obrażona bogini sprawia, iż wiatry pozostają bez ruchu, uniemożliwiając tym samym greckiej flocie dotarcie pod Troję. Aby spłacić dług, Artemis żąda, by Agamemnon poświęcił własne dziecko. Yorgos Lanthimos zmienia ten materiał źródłowy w taki sposób, że podnosi Świętego Jelenia do poziomu arcydzieła. Pod wieloma względami reżyser ma więcej do powiedzenia nam o świecie niż greckie tragedie. Twórca Kła kreuje nieco abstrakcyjną sytuację, która staje się jednak punktem wyjścia do zastanowienia się nad prawami rządzącymi społeczeństwem, problem zemsty i odpowiedzialności, istotą człowieczeństwa.

Colin Farrell i Nicole Kidman grają małżeństwo, Stevena i Annę Murphy. On jest kardiochirurgiem, ona okulistką. Tworzą idealną rodzinę, mają grzeczne i ładne dzieci-córkę Kim i syna Boba - i mieszkają w idealnym domu na przedmieściach Cincinnati. Jeśli w ich fantastycznym życiu jest jakaś zmarszczka, to są to tajemnicze spotkania lekarza z nastoletnim Martinem.

Bardzo ciekawe jest otwarcie filmu. Na tle żałobnego Stabat Mater Schuberta Lanthimos ukazuje nam ogromne pulsujące serce. Obraz jest krwawo realistyczny, a jednocześnie patetyczny. Dość szybko orientujemy się, iż uroczyste fanfary towarzyszą operacji na otwartym sercu, którą przeprowadza Steven i którą widzimy jakby z perspektywy boskiej. Ujęcie jest kapitalne. Obraz jest mocny i budzi sprzeczne emocje. To nie tylko prezentacja głównego bohatera i fabularne otwarcie, grecki twórca od razu dotyka sedna filmu, konfrontuje nas z tematem cielesnej śmiertelności, problem winy i kary, łączy sferę sacrum z profanum, piękno z turpizmem.

Scena jest też nasycona unikalnym sposobem patrzenia na świat, charakterystycznym dla Lanthimosa. Grek ma talent do tworzenia hermetycznych, ponuro- zabawnych światów. Kreuje żywy komiksowy wszechświat z oczywistymi podobieństwami do prawdziwej rzeczywistości. Ale mimo pozornej realności, przestrzeń w jego obrazach jest świadomie sztuczna, jakby lekko przesunięta. Twórca Kła buduje przestrzeń filmową, ale na prawach sceny teatralnej. Doskonale to widać w ostatnim filmie. W tym świecie niemal brakuje ludzi. Dominujące jest poczucie pustki, sterylności, braku życia. Tutaj nie śpiewają ptaki, nie krzyczą sąsiedzi, nie bawią się dzieci, a niebo za oknami wydaje się anemiczne. Szpital, gdzie rozgrywa się część akcji, jest monstrualny, lodowaty, z długimi korytarzami przypominającymi labirynt. Białe korytarze i beżowe krzesła, białe fartuchy, lśniące okna, lustra i światła halogenowe budują przestrzeń antyseptyczną, hermetycznie surrealistyczną. Świat, który kreują, wydaje się wyprany z kolorów i pozbawiony powietrza. I pusty, podobnie jak ulice. Podmiejska rezydencja bohatera jest piękna, nieskazitelna, ale równie zimna. Dom jest wieki i przepastny, z pozoru urokliwy, jawi się jednak jako odpowiednik zamczyska czy nawiedzonego domu. Film flirtuje z gotycyzmem, ale takim w duchu nowoczesności. Mamy wrażenie totalnej izolacji. Wnętrza są sterylnie uporządkowane, tworząc przestrzeń niepokojąco zamkniętą. Kuchnia w domu przypomina antyseptyczną salę operacyjną, a pokoje, choć jasne i czyste, wydają się odcięte od rzeczywistości. Cała przestrzeń jest budowana za pomocą prostych czystych linii.


Autor zdjęć Thimios Bakatakis wyolbrzymia chłodną, monumentalną skalę tych przestrzeni, aby wywołać poczucie nadrealizmu. W tym zimnym świecie jest coś, co czyni go przerażającym. Operator podkreśla poczucie lęku, gdy jego kamera pełza po szpitalnych korytarzach niczym czające się duchy w Lśnieniu Kubricka. Jego kamera podąża za ludźmi, skrada się z dołu lub z góry. Porusza się zresztą znaczniej więcej niż w poprzednich obrazach. Kręci się, toczy, śledzi postaci, często chwyta je pod niewielkim kątem. Wydaje się być momentami oderwana od ich świata. Ponadto kamera wielokrotnie odsuwa się, buduje odległą perspektywę i to w scenach emocjonalnie ważnych. Pozwala nam to przejąć rolę obserwatora, kogoś, kto stoi z boku. Kamera w pewnym sensie funkcjonuje jak inna istota i sygnalizuje - bardzo dyskretnie- nieziemskie istnienie. To swoiste oko boga, obdarzone całkowitym chłodem emocjonalnym. A tak narzucona perspektywa przypomina ludziom, że są tylko ludźmi. Tylko pytanie, co to oznacza być człowiekiem?

Bohaterowie bowiem bardziej przypominają awatary niż ludzi. Reżyser- zresztą jak w poprzednich filmach- ustawia ich jak pionki na planszy. Jedną z gier, której jesteśmy świadkiem, jest gra w rodzinę. I w najprostszym odczytaniu film można potraktować jako ostrą satyrę na tę komórkę społeczną, bo filmy Lanthimosa nieustannie kpią z banału rodziny. Być może to przypadek, że Steven i jego familia żyją w białym domu z krwistoczerwonymi drzwiami, podobnym do tego z American Beauty, filmu, który dekonstruował amerykańskie wyobrażenie o idealnej rodzinie. Wymuskani, nieskazitelni bohaterowie „Świętego Jeleniażyją jak w pudełku z zabawkami. To jeszcze inny rodzaj utopii, który znamy z filmu Lobster czy Kieł. Wszystko jest poukładane, każdy członek ma swoją rolę do odegrania. Ich świat to pozorny ład, w którym nie ma życia. Pies i kwiaty nie wprowadzają natury do tej rzeczywistości, są tylko obowiązkiem równo podzielonym między dzieci. Świetnie tę sztuczność ukazują rozmowy. To chwyt, który znamy z poprzednich filmów Lanthimosa, kwestie są wygłaszane tym samym tonem, niezależnie od tego, czy chodzi o miesiączkę córki czy pasek do zegarka. Język jest przesadnie prozaiczny. Słowa są puste, banalne, nie niosą żadnej treści. Bohaterowie wyrzucają z siebie to, co przyjdzie im do głowy, bo nie mają nic do przekazania. Mówią długo, monotonnie, a ich powściągliwość jest absurdalnie nienaturalna. Komunikacyjny paraliż jest widoczny na wszystkich poziomach. Relacje między rodzicami a dziećmi są spłaszczone,a podobnie jest z relacjami małżeńskimi. W tym świecie po prostu nie odnajdziemy ciepła, bliskości, nikt tu się nie tuli, nie zwierza - atrofia uczuciowa wyłania się z każdego kąta. I to może być prawdziwą przyczyną epidemii, która spada na wspaniałych rodziców i jeszcze wspanialsze dzieci. W bohaterach filmu nie ma bowiem nic ludzkiego, są idealnie bezcieleśni, a miłość u nich nie gości.



I tu pojawia się kolejny kluczowy aspekt twórczości Greka. U Lanthimosa człowieczeństwo objawia się w tym co cielesne. Paradoksalnie to co zwierzęce i instynktowne buduje ludzką naturę. Bohaterowie całkowicie jednak zatracili swoją naturalną cielesność. Maska kultury ma ukryć ich podświadome pragnienia, naturalne emocje:pożądanie,gniew,namiętność,rozpacz. Książki o impresjonizmie, zamówione pianino dla syna, śpiew córki w chórze, harmonijne wnętrza domu, dobre jedzenie, wymuskana grzeczność, klasyczne piękno tego świata- to wszystko przejawy ujarzmionej natury. Bohaterowie sterylizują wszystko to, co związane jest z emocjami. Pojawienie się pierwszego okresu u córki zostaje ogłoszone na przyjęciu z taką sama swobodą co deklaracja, że Bob rozpoczyna lekcje gry na fortepianie. Ciało nie jest tajemnicą, ale groteskową niedogodnością. Świetnie pokazują to sceny erotyczne- wystylizowane i nienaturalne. Erotyka odbywa się tu poza ciałem, seks nie tylko jest mechaniczny i przedmiotowy, ale pozbawiony pożądania, rozkoszy, jest rytualny, na granicy perwersji. Bohaterowie traktują seks jak coś, co ludzie robią, ale niekoniecznie lubią. Dziwne relacje erotyczne Anny i Stevena objawiają się w scenie, kiedy Anna leży przed nim nieruchomo, a mąż masturbuje się. Z jednej strony Anna upozowana jest na postać z obrazu, który wisi na ścianie, z drugiej wygląda jak ofiara złożona na ołtarzu, wreszcie staje się pacjentką pod narkozą, którą operuje mąż. Seksualność traktowana jest więc jak gra. Bohaterowie nie mają świadomości swego ciała. Wszystko co naturalne jest tłumione, stąd przyroda w filmie niemal się nie objawia- psa nie słychać, kwiaty wyglądają jak sztuczne, a przestrzeń jest wyprana z barw.

Sferą, w której do głosu także dochodzi cielesność bohaterów Lanthimosa jest przemoc. I bohaterowie jego ostatniego filmu skrywają gwałtowne, najczęściej negatywne, emocje. W chwilach kryzysowych ujawniaj niemiłą, ale jakże ludzką twarz, córka przeklina matkę, matka uderza córkę, ojciec przyznaje się do perwersyjnego zachowania z dzieciństwa. W ułamku sekundy objawia się ich człowiecza natura, która natychmiast też znika. A właśnie fizyczny ból, naturalna przemoc jawią się jako siła, która może wybudzić bohaterów z letargu, zedrzeć im maski.Tu zresztą znów możemy odwołać się do tytułu. Artemida to w końcu bogini lasów, a grzechem Agamemnona było zabicie jelenia. Może to natura jest święta, a człowiek głęboko ją w sobie ukrył, zamknął w świecie rytuałów. Zapomniał po prostu żyć 

Tym, który pozwala im zerwać maskę kultury, który wprowadza do ich uładzonego świata chaos i siłę materii, jest Martin. Już jego wygląd buduje takie skojarzenia- to zwyczajny nastolatek z sąsiedztwa, brzydki, nieokrzesany, nieforemny, ale rzeczywisty. Jego sposób bycia zgrzyta, jest nieprzewidywalny, nie wpisuje się w ustalone ramy. Nie tylko wygląd, ale i zachowanie Martina kojarzy się z ciałem. Nieprzypadkowo pokazywany jest przez pryzmat jedzenia. To instynkt życia, przetrwania, energia, siła. Być może nieprzypadkowe też są kolejne fazy klątwy- paraliż kończyn to symboliczna atrofia, letarg, w której przecież tkwi rodzina, a brak apetytu i płynąca z oczu krew to inne odmiany martwoty, pustki, bezcielesności. To proces powolnego obumierania, utraty  cielesności, witalności. Ciekawa w tym kontekście wydaje się wizyta Anny u Martina. Chłopak siedzi obok niej ubrany w białą koszulkę i bokserki i je spaghetti. Nic spektakularnego tutaj się nie dzieje z wyjątkiem żółci makaronu i jaskrawej czerwieni sosu. Sam proces jedzenia jest pokazany jako pochłanianie. Strona wizualna nadaje złowieszczy charakter opowieści chłopaka o swoim ojcu, a spaghetti nabiera charakteru niemal wulgarnego i przypomina wnętrzności;objawia się jako symbol chaosu, brzydoty, ciała czy krwi.

Martin staje się więc w filmie uosobieniem natury. Od początku nie tylko stoi po jej stronie, ale też próbuje przekonać do niej Stevena. Spotykają się w knajpie i rozmawiają o jedzeniu. Prosi go też o pokazanie włosów pod pachami i stręczy Stevenowi swoją matkę, która traktuje seks jak pochłanianie. Staje się przewodnikiem dla jego dzieci. Nawet ulubiony film, na który zaprasza Stevena, jest edukacyjną grą. Dzień świstaka to historia życia zamkniętego w jednym dniu, który powtarza się bez końca. Oczywista metafora egzystowania Murphych. Ale Dzień świstaka to też historia mężczyzny, który weryfikuje swoją dotychczasową postawę wobec życia i ludzi. Przechodzi metamorfozę, dojrzewa, zwalczając w sobie narcyzm i egocentryzm. Ta wskazówka jednak nie dociera do Stevena. Przebudzenie jest więc nagłe i gwałtowne, na rodzinę spada plaga, ukazująca kruchość świata kultury, który w obliczu praw natury obnaża swą jałowość i nieprawdziwość. Paradoksalnie być może Martin przywraca ład temu światu- poprzez wymierzenie kary.


A problem winy bez wątpienia istnieje. Najprościej chłopak mści się za śmierć ojca na stole operacyjnym. Być może Steven był pod wpływem alkoholu (jest to bardzo prawdopodobne), może to był błąd lekarski, ale niejasności i niedopowiedzenia nie pozwalają na rozstrzygające oceny. Być może nie było w tym żadnej winy Stevena. Ale niezależnie od tego kara jest okrutna. I tu dotykamy ważnego problemu filmu- sprawiedliwości. Możemy założyć, że jej nie ma. A może raczej, że jej działania nas przerastają i jej nie rozumiemy. W którymś momencie żona się pyta Martina, czy muszą płacić za błędy Stevena. Owszem tak - jeśli przyjmiemy perspektywę antycznego świata, gdzie rządzi fatum, okrutne i nieprzejednane. Klątwy mają tu moc sprawczą i niewiele mają wspólnego z litością czy współczuciem. Agamemnon musi poświęcić córkę za zabicie łani i nie ma tu miejsca na kompromisy. Ale odczytanie w duchu chrześcijańskim jest podobne - składanie ofiar (i to z dzieci) to przecież nie tylko pomysł starożytnych Greków.

Kara - jeśli nawet nazbyt surowa- wydaje się od początku sprawiedliwa. Dziwne relacje Stevena z nastolatkiem zdają się to potwierdzać. Dopóki za spotkaniami stoi poczucie winy i emocjonalna rekompensata za zabicie ojca (możemy tak założyć), wydaje się, że Steven panuje nad sytuacją. Można by spróbować doszukiwać się w jego działaniach szczerości i otwartości. Ale od początku mamy jednak wątpliwości co do jego intencji.Czy Steven za pomocą niezwykle kosztownego zegarka nie próbuje kupić sobie spokój, nie chce ukryć tajemnicy, którą razem dzielą? Czy pod maską grzeczności nie lekceważy chłopaka? Czy zwyczajnie nie chce uciec od odpowiedzialności? Już w pierwszej scenie bohater po skończonej operacji serca, wyrzuca lateksowe rękawiczki pełne krwi do kosza- jakby pozbywał się dowodów zbrodni. Dodajmy do tego bezosobową rozmowę o zegarkach tuż po operacji z kolegą anestezjologiem czy przemówienie na uroczystej kolacji z dowcipem o chirurgu, który nie przeżył pacjenta, aby zakiełkowało w nas poczucie arogancji Stevena. Kolejne odsłony pogłębiają to odczucie. Okłamuje swoich bliskich, selektywnie przekazuje informacje, które uzna za stosowne, stara się sprawować kontrolę nad każdym aspektem swojego życia, wreszcie fetyszyzuje moc nadaną mu przez jego powołanie lekarskie. W jego mniemaniu chirurdzy są jak bogowie i Steven gra Boga, jego ręce dają i zabierają życie. Motyw pięknych rąk Stevena w filmie wraca kilkakrotnie. Pięknych, czyli czystych, bo przecież jeśli umiera pacjent, to zawsze wina anestezjologa. Pięknych, bo boskich, które czynią cuda. Ale też pacjenci i ich serca jawią się jako element ofiary. W obiektywie aparatu szpital momentami tworzy wizję współczesnej katedry - przypominające nawy korytarze, strzeliste sufity, majestatyczność przestrzeni i sakralne dźwięki tworzą sferę sacrum.

Poczucie boskości prowadzi nas do pojęcia hybris. Steven musi zostać ukarany za swoją pychę. Wiedza medyczna Stevena nie jest zbytnio pomocna, gdy jego dzieci nagle zaczynają chorować. W kluczowym momencie nie ma nic do powiedzenia i nic nie może zrobić. Bezradność i małość człowieka w tym filmie ukazana jest dobitnie i porażająco. Plastycznie podkreślają to czołgające się sylwetki dzieci, wyglądające jak szmaciane laleczki. To zrzucenie człowieka z piedestału, sprowadzenie go do pozycji horyzontalnej. Pamiętajmy, iż pojedynki z bogami w mitologii zawsze kończyły się klęska i okrutną karą. Ale dopóki relacje Stevena z Martinem przypominają relacje ojciec- syn, grozy fatum nie wyczuwamy. Zresztą można założyć, że Martin przechodzi metamorfozę. Na początku jest dziwnym, ale sympatycznym nastolatkiem. Demon zemsty budzi się w nim nagle. To tak jakby w Martina weszła obca siła, boska, i jego ustami rzucała klątwę na bohatera. Od tego momentu człowiek staje się bożą igraszką, zabawką, marionetką.

Brak poczucia winy, zerwanie kontaktu z naturą, sztuczność i pustka egzystencji, może ludzka pycha bohaterów, którzy chcą być jak bogowie - wszystkie te możliwości wchodzą w rachubę. Ale tak czy inaczej za wszystkim stoi jeden człowiek - Martin. Oczywiście jeśli to człowiek. Kim jest więc Martin? W znakomitej, niesamowicie wyrazistej interpretacji Barry'ego Keoghana to przede wszystkim ktoś bardzo złożony. Z jednej strony jest normalnym chłopakiem, kimś, z kim można nawiązać ciepłe relacje, z drugiej- groźnym, złośliwym nastolatkiem, w innej jeszcze odsłonie aniołem zemsty i śmierci. A przecież przypomina też Chrystusa, kiedy mocą słowa unicestwia paraliż nóg, kiedy chce. Dziwnie bezbronny i jednocześnie nieprzejednany jak nemezis. Zwyczajny i banalny, ale też charyzmatyczny, mający moc przyciągania. Namacalny i prawdziwy, a jednak świadomy swojego bezosobowego statusu narzędzia przeznaczenia. Uprzejmy, współczujący, ale niewygodny w kontaktach. Zranione dziecko, z którego bólem się identyfikujemy, i obłąkaniec, który z niezwykłym spokojem wieszczy apokalipsę. Częściowo bóg, częściowo demon. Aktorowi udaje się zachować tę dwuznaczność do końca i trzymać nas w napięciu, nie pozwalając jednocześnie na żadne rozstrzygnięcia.

Mściciel, psychopata, posłaniec sił metafizycznych, fatum, kapryśne oblicze Boga? Ale możliwe jest jeszcze inne odczytanie tej postaci. Pamiętajmy, że Steven sam zaprasza zło do swojego domu. Może więc nie jest to kara sił metafizycznych, a konkretne działania destrukcyjne bohatera. Podświadomie lub nie Steven nawiązuje dziwne relacje z Martinem. Jeśli nie poczucie winy go do tego pcha, to może szukanie bliskości, poszukiwanie miłości. Martin jest spontaniczny w swych reakcjach, potrafi się przytulić, przynieść dzieciakom kiczowate prezenty, ofiarować proste emocje. Być może właśnie dlatego Steven spotyka się z Martinem. Chaos, który niesie za sobą młodzieniec, to być może próba wybudzenia się z letargu, ożywieniem relacji rodzinnych. Drastyczne, bo okupione śmiercią dziecka, ale pamiętajmy, że osiągnięcie katharsis wymagało litości i trwogi. Potrzebny jest przelew krwi, aby wstrząsnąć próżnią. Tu znów warto odwołać się historii Agamemnona. Potrzebował Ifigenii, by zdobyć Troję. Ofiara nie tylko miała przebłagać Artemidę, ale pozwolić mu płynąć dalej i zdobyć nieśmiertelność.

U Lanthimosa za wolność bohaterowie płacą dużą cenę. Ale jeśli tak, to Martin staje się tworem samego Stevena. Taką sugestię tworzy scena w piwnicy, kiedy to Martin najpierw gryzie Stevena, a potem sam siebie. Tę autodestrukcję można odczytać jako biblijną zasadę oko za oko, ale wydaję się, że chłopakowi chodziło o coś innego. Informacja, że zabicie go unicestwi całą rodzinę, sugeruje nierozerwalny związek Stevena i Martina, poczucie jakby byli jednością.

Kilkakrotnie w filmie mamy wątpliwości co do istnienia nastolatka. Chłopak pojawia się i znika w taki sposób jakby był duchem. Tę niejasność ontologiczną wzmacnia sam słowami o metaforze,że wszystko jest tylko symbolem. Czy mówimy więc o klątwie, czymś duchowym, czymś, co nie istnieje, czy też jest to wszystko w umysłach bohaterów i jest czymś bardzo fizycznym, co materializują ich myśli. Siła Martina tkwi w tym, że to rodzina Murphych nadaje mu symboliczne znaczenie. Martin spełnia więc rolę, która jest bardziej alegoryczna niż dosłowna, w opowieści, która stopniowo staje się medytacją na temat niemożliwości sprawiedliwości i pokuty- na temat człowieczeństwa.

Dużym walorem Zabicia świętego jelenia jest też ukazanie procesu degradacji psychicznej osób dramatu i wzajemnego uprzedmiotowiania się w sytuacji bez wyjścia. Wizja ludzkiej natury Lanthimosa jest ponura, jeśli nie powiedzieć -przerażająca. Mąż obróci się przeciwko żonie, bratu przeciwko siostrze, tak jakby zdrada była tylko kolejnym wyborem stylu życia. Najbardziej niepokojącym aspektem jest to, jak pragmatyczni są jego bohaterowie w obliczu swojego nieszczęścia. Emocjonalność zostaje wyparta przez racjonalne rozumowanie, co widać szczególnie, kiedy dzieci zaczynają rywalizować o względy ojca. Banalnie- oczywista walka o byt. Podobnie Anne, choć nie przechodzi przez pierwsze dwa „etapy" klątwy, próbuje przekonać męża, że zabicie jednego z dzieci byłoby najbardziej logiczną decyzją (oferuje też seksualną usługę znajomemu w zamian za informację). Poświęcenie swojej rodziny to najłatwiejszy sposób na rozwiązanie problemu.

Lanthimos podaje w wątpliwość ludzką moralność, negując jej bezgraniczność. Człowiek, który staje przed wyborem, decydującym o życiu drugiego człowieka, po kolei wyzbywa się wartości uniemożliwiających mu jego dokonanie. To on przyjmuje tutaj rolę oprawcy, tracąc człowieczeństwo. Ofiara musi zostać złożona, trzeba poświęcić jednostkę, pierwotną wspólnotę dla większego dobra. W obliczu ostatecznych wyborów można zastosować przemoc, obudzić w sobie okrucieństwo, wyrzec się swojej rodziny, ale co ważniejsze - zakwestionować samego siebie. W sytuacji bez wyjścia po prostu ukazujemy swoją prawdziwie ludzką twarz, a że ona nam się nie podoba, no cóż?


A przecież reżyser stawia nas przed jeszcze jednym dylematem: kiedy przeznaczenie i uwikłana w nie przepowiednia się dokonają, a człowiek dokona wyboru, co dalej? Zakończenie filmu nam nie pomaga odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Rodzina Murphych siedzi w tym samym barze, w którym spotykali się Steven i Martin. Do baru wchodzi chłopak. Bohaterowie zachowują się tak jakby się nie znali albo udają, że się nie znają. Jednak Martin i córka Murphych nawiązują kontakt wzrokowy. Dziewczyna w tym czasie konsumuje frytki oblane dużą ilością keczupu, przypominając nam podobną scenę z Martinem jedzącym spaghetti. Wreszcie rodzina wychodzi z knajpy jak gdyby nigdy nic. Wydaje się, że dla rodziców nic się nie zmieniło, ale kolejne pokolenie, w osobach Kim i Martina, podąży najprawdopodobniej swoją ścieżką. Czerwony kolor, symbolika jedzenia i wreszcie słowa piosenki Ellie Goulding „Burn”,wyśpiewane przez dziewczynę, zapowiadają być może rewoltę. Jeśli tak, to pojawia się nadzieja. Ale równie prawdopodobna jest interpretacja, iż prawdziwa apokalipsa dopiero przed nami. W końcu w starożytnym micie poświęcenie Ifigenii przyniosło wojnę trojańską - ówczesną wojnę światów, w wyniku której Ilion zniknął z powierzchni ziemi i która przypieczętowała ostateczny los Agamemnona, zabitego przez własną żonę. Pozostaje wsłuchać się w słowa piosenki:

                                Nie musimy się niczego bać
                                Bo płonie w nas ogień
                                I spalimy nim cały świat 
                                I będą nas widzieć nawet w kosmosie
                                Bo jesteśmy  nadludźmi
                                Gdy gasną światła
                                Nie wiedząc, co się na nich czai
                                 
W swoim najnowszym filmie Lanthimos stworzył napiętą, porywającą opowieść o niesamowicie pesymistycznym spojrzeniu na ludzkość, która jest godnym następcą jego wcześniejszych dzieł. Od strony formalnej film to dzieło niemal perfekcyjne. Kidman i Farrell zostali idealnie przez Lanthimosa wykorzystani. Pozbawieni hollywoodzkich korzeni, oboje dostają wolność tworzenia czegoś nowego. Farrell ponownie, jak w Lobster, zanurza się w autystycznej powściągliwości, a Kidman zachwyca mieszanką chłodu, dystynkcji i nienaturalności. Jednak to Koeghan, w swym bezemocjonalnym szaleństwie zmierzający ku upragnionej zemście, staje się prawdziwą gwiazdą filmu. Młody aktor do końca nie pozwala rozproszyć się napięciu i intryguje do ostatniej sekundy. Jego rola naprawdę budzi szacunek. Reżyser znakomicie też wykorzystuje muzykę. Operowe wybuchy dźwięków, bolesne syntezatory, dudniące, złowieszcze perkusje, powtarzający się niesamowity gwizd tworzą swoisty jazgot. Muzyka buduje uczucie dyskomfortu, ekspresja dźwięków atakuje nasze zmysły. Pęknięty ton, złowrogi i skrzeczący, oszałamia i przeraża.
To wszystko plus świetny scenariusz i znakomite zdjęcia tworzą dzieło hybrydowe, nieoczywiste. Zabicie świętego jelenia jest jednocześnie przerażające i zabawne. Komedia przeistacza się w dramat, który przekształca się w pełnowymiarowy horror psychologiczny, a wszystko to zmierza w stronę makabreski. Ale batalia między lodowatą ironią a pełnokrwistym horrorem pozostaje nierozstrzygnięta. Czego tu nie mamy - teatr absurdu, surrealizm, patos, okrucieństwo, gotycyzm, ironię, a jednocześnie grecki twórca wszystko bezwzględnie kontroluje i tworzy strukturę domkniętą. W całym filmie wzniosłość miesza się z banałem (w tym samym czasie postacie walczą o życie, słuchają muzyki z odtwarzacza i jedzą frytki polane keczupem)a to,co współczesne, z tym, co starożytne. Reżyser płynnie przechodzi między tymi emocjonalnymi skrajnościami. 



 
Oglądając film czujemy zdezorientowanie i przerażenie, a wykreowana duszna atmosfera przygniata nas. Oglądanie tego filmu boli, a jednocześnie nie możemy oderwać wzroku od ekranu. Zabicie świętego jelenia zarówno nas torturuje, jak i pozostawia na obrzeżach historii, wychładza nasze emocje. Już dawno nie widziałem filmu, który stworzył tak sugestywną, pełną napięcia, fizycznie przytłaczająca atmosferę. Lanthimos wielokrotnie przekracza nasze granice - i te wizualne, i te psychiczne. To nie jest kino dla wszystkich, ale to kino wybitne.

T.M.

piątek, 29 grudnia 2017

                   
NA KARUZELI ŻYCIA
 


BŁĘDNE KOŁO

Za bardzo lubię Woody'ego Allena, żeby nad nim się znęcać za ostatnie jego dzieło. Ponadto podpisany przez kogoś innego ten film nie byłby już wcale taki zły. Zasada porównania jednak nie działa na korzyść Na Karuzeli życia i to nawet jeśli weźmiemy pod uwagę ostatnie dokonania twórcy.


Co ciekawe Karuzela życia to w pewnym sensie standardowy Allen. Umiejscawia on akcję na Coney Island w latach 50, czyli latach swego dzieciństwa. Pojawia się też charakterystyczny dla Allena narrator. Tym razem jest to Mickey (Justin Timberlake), młody ratownik marzący o karierze dramatopisarza, który zakochuje się w starszej, zagubionej w rzeczywistości kobiecie o imieniu Ginny, granej przez Kate Winslet. Ginny to niespełniona aktorka, uwięziona w małżeństwie z operatorem karuzeli- Humptym (Jim Belushi) i zarabiająca jako kelnerka. Silne migreny, problemy z alkoholem, syn-piroman dopełniają obraz jej nieszczęścia. Sprawy nie ulegają poprawie, gdy pojawia się  na horyzoncie Caroline (Juno Temple), córka Humpty'ego z poprzedniego małżeństwa. Młoda dziewczyna ukrywa się przed mężem gangsterem właśnie w ich domu. Dramat rozpoczyna się, kiedy młody ratownik przenosi wzrok z Ginny na pasierbicę.



Problem w tym, że w rzeczywistości niewiele tu dramatu, mimo teatralnej scenografii i dramaturgicznych nawiązań. Zawodzi w tym filmie naprawdę dużo, ale chyba najsłabszy punkt to scenariusz. Zabrakło wielkiemu mistrzowi i inspiracji, i pomysłu. Historia toczy się leniwie, zupełnie jest niezagospodarowana przez wydarzenia, czyli po prostu niewiele się dzieje - zarówno w sferze emocjonalnej, jak i psychologicznej. Bohaterowie bez końca opisują swoje motywacje, życzenia, nadzieje i marzenia, ale w zasadzie niewiele robią. Fabuła jest nad wyraz nijaka, a dialogi, z których Allen przecież słynie, są po prostu nudne. Brakuje błysku, ironii, humoru, fraza jest płaska i bezbarwna - tchnie nieporadnością.



Zupełnie zawiodła też postać narratora- i na poziomie aktorskim ( bezbarwny, nieprzekonywujący Timberlake), i na poziomie konstrukcji postaci. Aspiracje Mickeya, aby zostać drugim Eugene O'Neillem, nijak się nie mają do jego osobowości i umiejętności opowiadania. Nie czynią go kreatorem tego świata, nie pogłębiają jego charakteru ani nie tworzą podwójnego dna wydarzeń. Mówi swojej kochance, że chce napisać sztukę o ludzkim życiu - wielki tragiczną historię, w której bohaterka zostaje zmiażdżona przez fatalistyczną słabość. Brzmi ładnie i patetycznie, ale on sam niestety jest co najwyżej z telenoweli. Mickey błąka się po scenie i nie kreuje żadnych emocji, mimo iż tworzy jeden z wierzchołków trójkąta miłosnego.Pomiędzy postaciami w ogóle nie ma zbyt dużo napięcia, interakcje są przewidywalne i oczywiste. Powtarzają się, bez jakiegokolwiek zróżnicowania emocjonalnego.



W zasadzie film ma dwa jasne punkty, na co zwraca zresztą większość recenzji. Pierwszym są zdjęcia weterana kamery Vitorrio Storaro. Doskonale wykorzystuje on zmienne światła atrakcji Coney Island, aby odzwierciedlić zmieniające się nastroje każdej sceny. Plaża, promenada, gigantyczny diabelski młyn, ulice Brooklynu ukazane w jaskrawych kolorach tworzą magiczny świat, owinięty oniryczną poświatą. Same w sobie zdjęcia są piękne, ale całościowo podkreślają tylko nienaturalność i naskórkowość opowiadanej historii. I nie zmienia tego nawet rewelacyjna gra Kate Winslet, która świetnie oddaje postać starzejącej się kobiety, próbującej zatrzymać czas. Porównanie do Blue Jasmine i kapitalnej roli Cate Blanchett wydają się  w tym wypadku oczywiste.



Ginny to kobieta na skraju załamania nerwowego i to permanentnego. Życie oszukało ją na każdej płaszczyźnie, a ludzie przynoszą jej tylko rozczarowanie. Gorycz porażek życiowych uczyniło ją osobowością neurotyczną, pełna niepokoju, żalu i wściekłości. Nauczyła się sztuki kłamstwa, a może lepiej- iluzji, która jak tarcza chroni ją przed całkowitym upadkiem. Jej świat został ograniczony do Coney Island i całkowicie odizolowany od reszty świata, zamknięty niemal dosłownie czarodziejską karuzelą. Momentami wygląda jak uwięzione zwierze, gotowe zrobić wszystko, by się uwolnić. Są momenty, kiedy dotyka bezdennej rozpaczy, są kiedy widać w niej jeszcze blask kobiety, którą mogła być. Jej związek z młodym dramaturgiem jest skazany z założenia na porażkę, ale jest w tym  dramatyczna próba ratowania godności, która stawią ją w końcu przed dużym dylematem moralnym.



Winslet jest znakomitą aktorką i w rolę tę wkłada cały swój kunszt teatralny rodem z Broadway'u. Sprawia, że desperacja Ginny, jej tęsknota i fatalistyczna niemoc są namacalne. Momentami rzeczywiście przypomina wielkie aktorki lat 50 jak Vivien Leigh czy Bette Davis. Ale jej rola jest zawieszona w próżni, nie tworzy materii filmowej. Trudno  nam tym samym sekundować w jej rozterkach, przejmować się jej losem. Całość filmu pozostawia nas w emocjonalnym oddaleniu.



Na karuzeli życia miało szansę stać się intrygującym melodramatem o udaremnionych ambicjach, egzystencjalną wykładnią tezy o fatalizmie losu ludzkiego, ale filmowi po prostu brakuje blasku. Niemal wszystkie recenzje zwracają uwagę na wiek reżysera i tym samym zmęczenie wielkiego mistrza, ale to tylko częściowe wytłumaczenie obecnej porażki, co potwierdza dobiegający osiemdziesiątki Storaro - jednak w znakomitej formie. Woody Allen musi się po prostu zatrzymać i robić filmy raz na trzy lata. Ostatni obraz miał potencjał. Metafora karuzeli, sylwetka Ginny, intertekstualność historii- dawały szansę na film pokroju Blue Jasmine czy O północy w Paryżu ( bo o powrocie do czasów Annie Hall czy Purpurowej róży z Kairu zapomnijmy). By tak się stało, scenariusz nie może być szkicem, a cały film wyrafinowanym, ale jednak ćwiczeniem. To nie był stracony czas, bo to Woody Allen, ale chciałbym, aby  o tym zaświadczała jakość filmu, a nie tylko magia nazwiska. 

T.M. 



wtorek, 26 grudnia 2017


                                                       NAJLEPSZY




PONAD SOBĄ

Muszę przyznać, że nigdy nie byłem admiratorem poprzedniego filmu Łukasza Palkowskiego, ale też muszę przyznać, że Bogów naprawdę się dobrze oglądało. To był po prostu fajny film. Najlepszy, choć skrojony według tego samego formatu, jest filmem jednak wyraźnie słabszym. Czy to oznacza nieudanym? Myślę, iż nie. Problem tego dzieła tkwi jednak w swoistym paradoksie- to, co jest jego siłą, jest też słabością.

Zacznijmy od pozytywów. Najlepszy to kawał dobrej reżyserskiej roboty. Palkowski dobrze czuje się w tej konwencji kina hollywoodzkiego, umie opowiadać historie, które krzepią. Wartka fabuła może się podobać, a reżyser stara się cały czas trzymać rękę na pulsie, kiedy trzeba - przyśpiesza, kiedy tego wymaga historia - zwalnia. Tonacje emocjonalne również są dobrze sproporcjonowane, czasami pojawia się humorystyczna scena, czasami dominuje dramat. Najlepszy to taki koktajl - dobrze wymieszany, złożony z odpowiednich komponentów. Twórca Bogów wrzucił chyba wszystko, co przy takich biografiach jest potrzebne. 

Trzeba też przyznać, iż odtwórca  Jerzego Górskiego, Jakub Gierszał, wdzięcznie odgrywa swoją rolę - jest wystarczająco charyzmatyczny i pozwala polubić swoją postać. Role drugoplanowe są wyraziste i łatwo zapadają w pamięć. Oczywiście można się zastanowić - ja to robiłem - czy zatrudnienie Magdaleny Cieleckiej do roli matki bohatera było potrzebne, czy to tylko prosta chęć przypodobania się widzowi. Pewnie tak, ale przecież takimi smaczkami kino amerykańskie żyje, a oglądanie poszarzałej Cieleckiej, w papuciach i podającej odwieczny rosołek synkowi, takim smaczkiem jest i sprawia prostą, ale jednak przyjemność.

Obraz jest wizualnie dopracowany, zdjęcia Piotra Sobocińskiego jr i montaż są na wysokim poziomie filmowym. No i najważniejsze- optymistyczna historia zmagania się ze swoimi demonami wybrzmiała tak jak powinna wybrzmieć. Mamy kolejnego bohatera silniejszego od życia (mówię to bez ironii), wojownika i herosa. I w ten sposób obraz Palkowskiego buduje naszą wiarę w człowieka i afirmatywny stosunek do życia.Ten film może się podobać i się podoba, niezależnie od płci, wieku i doświadczeń, a nagroda gdyńskiej publiczności jest tego dobrym potwierdzeniem.

No właśnie- wszystko to jest takie poprawne, takie ładne, takie krzepiące ( choć oczywiście jest i krew, i wymioty, i cierpienie, i śmierć ). Filmowi brakuje pazura, jakiejś ambiwalencji, konfliktów, nawet złych charakterów. Despotyczny ojciec w wykonaniu Artura Żmijewskiego jest potraktowany figuralnie, nie tworzy konkretnej osobowości. Ojciec Grażyny, ukochanej bohatera, tylko udaje złego, Woronowicz czyni go „sympatycznym”, a zresztą postać ta przechodzi metamorfozę. Jedynym więc adwersarzem Górskiego pozostaje on sam ze swoją mroczną stroną. Pomysł nawet niegłupi, ale jego realizacja pozostawia dużo do życzenia. Konwencja horroru, którą reżyser zastosował, zupełnie nie pasuje do całości filmu, razi sztucznością i - nie bójmy się tego powiedzieć - banalną, łopatologiczną symboliką. Tę sztuczną i momentami nieznośną konwencję tworzy też muzyka, zupełnie z innej bajki, ale „dobrze” brzmiąca.

Postacie pozytywne wygrane są raczej na jedną nutę albo jak w przypadku Marka Kotańskiego ( dobry Janusz Gajos) po prostu niewykorzystane. Jeszcze bardziej szablonowo wypadają postacie kobiece. Aktorsko ciekawa Kamila Kamińska, jako Ewa Meller - kolejna ważna kobieta w życiu bohatera- tak naprawdę niewiele ma do zagrania. W filmie brakuje psychologicznych niuansów, szczególnie w konstrukcji głównej postaci - zabrakło pęknięć charakterologicznych, jakichś wątpliwości, niejednoznaczności, a większość scen jest  dość przewidywalna.


Problemem więc jest przede wszystkim to, że ten film za bardzo chce się podobać i za bardzo chce trafić w gusta wszystkich. Traci na tym film, ale pewnie nie traci przeciętny widz.
I ,mimo wszystko, dobrze, że takie filmy w Polsce powstają. Dobre kino środka, o pewnych ambicjach artystycznych, inteligentnie skrojone i trafiające do odbiorcy. Wciąż brakuje nam takich filmów.

T.M.

środa, 20 grudnia 2017

                                CICHA NOC

             

POLAKÓW PORTRET CIASNY

Zacznę swoje rozważania od pytania, które rozpoczęło pierwsze spotkanie DKFu Między obrazami. Pytania, które towarzyszyło mi przed seansem, ale także zaraz po - czy to jest film na Złote Lwy? A może trochę inaczej- dlaczego ten film wzbudza tak powszechny zachwyt wśród krytyków i recenzentów? Festiwale filmowe rządzą się swoimi prawami, wobec werdyktu można się zdystansować, ale zakwestionować opinię czołowych recenzentów w miesięczniku Kino już znacznie trudniej. To uznane nazwiska, które trudno nie darzyć szacunkiem, nawet jeśli się z ich opiniami nie zgadzam. Film otrzymał tam tylko jedną ocenę dobrą, a kolejne recenzje, czy to w prasie czy Internecie, tylko wydają się potwierdzać, iż mamy do czynienia z filmem co najmniej bardzo dobrym. Oczywiście nie brakuje mi filmowej asertywności, żeby rzucić buńczucznie - jak zachwyca, jeśli nie zachwyca, ale z tym filmem byłoby to pójście na łatwiznę. Kluczowym pytaniem nie jest to, czy Cicha Noc mnie zachwyca, tylko czy jest filmem ważnym i wartościowym? Co czyni ten film tak atrakcyjnym w odbiorze?

Na pewno problematyka filmu.Wielokrotnie padały opinie, iż obraz dotyka ważnej, a raczej zaniedbywanej w kinie polskim, kwestii - emigracji. W ostatnich lat.ach temat gdzieś się pojawił na marginesie filmu Zjednoczone stany miłości i to w zasadzie wszystko, a przecież emigracja to motyw, który nie tylko mocno dotyka naszej rzeczywistości, ale też trafnie opisuje mechanizmy współczesnego świata. W końcu jest też silnie zakorzeniony w naszej historii. To przecież jedno z najważniejszych pytań w powojennej historii Polski- wrócić czy nie wrócić? Z tym pytaniem borykali się najwięksi poeci jak chociażby Miłosz czy Barańczak. I to przecież Pan Cogito na pytanie przyjaciół „więc po co wraca”? mówi o „splątanych korzeniach”, „uścisku pamięci”, „wodzie dzieciństwa”.

Dramatyczne zmagania się z tym pytaniem, mimo zmieniających się realiów( polityczną emigrację zastąpiła zarobkowa),wybrzmiewają dziś jeszcze intensywniej i silniej. I trzeba przyznać, że w filmie to pytanie rzeczywiście wyartykułowane zostaje mocno i trafnie. I to nie tylko w kontekście narodowym, choć słowa ojca głównego bohatera to by sugerowały. Przeniesienie tego problemu na grunt rodzinny jest zresztą bardzo dobrym pomysłem, zwłaszcza że Adam, główna postać, to już drugie pokolenie emigrantów ( i tu pojawia się kolejne ważkie pytanie- czy ostatnie ?). Postać ojca, pozornie drugoplanowa, wydaje się jednak kluczowa w konstruowaniu postaci Adama. Ojciec jest lustrem, w którym przegląda się bohater. . Osoba ojca naznaczona jest dramatyzmem, ale takim stonowanym, rozcieńczonym, Jakubik utrzymuje ją w tonacji melancholijnej. Fajnie, że aktor nie szarżuje w tej roli, nie buduje jej grubą kreską. Ojciec Adama z miłości do rodziny wyjechał za granicę, jednocześnie pozbawiając bliskich tej miłości, czyli tego, czego najbardziej potrzebowali. Kiedyś być może dobrobyt materialny mógł być przeciwwagą dla wiecznej nieobecności ojca i męża, ale dziś radiomagnetofon i mikrofalówka, jako rekompensata za rozbicie rodziny i wieloletnią pustkę, tworzą gorzką groteskę. Na tle zdjęć, na których nie ma ojca, wyglądają po prostu żałośnie. Ojciec jest człowiekiem przegranym. Lata ciężkiej pracy to utrata zdrowia, degrengolada, dysfunkcyjność rodziny, wątpliwy awans finansowy i w końcu powrót do zapyziałej rzeczywistości. Zawożenie najmłodszej córki na lekcje skrzypiec to wątpliwa rekompensata, ale też świadcząca o odrobieniu pewnej lekcji z własnego życia. A jednak w osobie Adama widzi tylko samego siebie. Choć sam zawiódł, a emigracja przyniosła mu tylko gorzkie doświadczenia, synowi pisze ten sam scenariusz. Wyjechać, zarobić, zainwestować w Polsce pieniądze, pomóc rodzinie i żyć długo i szczęśliwie. Adam może więc tylko powielać błędy ojca. Innej alternatywy nie zna ( przynajmniej na początku filmu). Wynajęcie limuzyny, aby zaimponować rodzinie, jest równie banalne, co skuteczne. Takie to swojskie, takie polskie, takie oczywiste. Groteskowe, bo czerwony samochód ląduje we wszędobylskim błocie i obskurnej szarości domostwa, ale jakże prawdziwe. Tworzenie iluzji sukcesu jest mocno zakorzenione w Adamie, ale też ma inny cel. Adam bowiem nie chce wracać do Polski.

Ta decyzja, choć fabularnie kluczowa, w filmie jednak przybiera nieco inny charakter. Przez dużą część filmu główny bohater może nas nieco drażnić. Wydaje się takim człowiekiem bez właściwości, nie wie, czego chce, a raczej wie, ale nie wie dlaczego. Wyziera z jego osoby jednak prawda o tym pokoleniu (którego reprezentantami są też brat Paweł i siostra Jolka ), pokoleniu zagubionym nie tylko ekonomicznie. Słabe, bezwolne, tylko pozornie wyzwolone z narodowych i rodzinnych więzi. Znające tylko ucieczkę. I Adam chce uciec, nie wie jednak, że jego plan jest nierealny, bo nie można uciec od siebie. A on- to przeszłość bez ojca, odpowiedzialność za familię, wioska, z której pochodzi.
Adam tylko pozornie buduje swoje życie w opozycji do ojca. Życie w Holandii z narzeczoną i jeszcze nienarodzonym dzieckiem to rewers tej samej monety. Wizyta podczas Wigilii idealnie pokazuje, iż pobyt za granicą nie dostarczył mu żadnych bodźców do przemyśleń, do metamorfozy. Bardzo łatwo wchodzi w role, które wyznaczyła mu rodzina- Polaka, starszego ( mądrzejszego) brata, syna, człowieka sukcesu, a przede wszystkim głowy rodziny. Wszyscy, świadomie lub nie, oczekują od niego odpowiedzialności za resztę rodziny. Adam walczy, ale po Gombro- wiczowsku, z jednej roli od razu wpada w drugą.

Wątek ten nabiera więc egzystencjalnego ciężaru i mocy konfliktu tragicznego. Dopiero kilka dni po seansie pojawiła się u mnie pokusa- nie wiem czy nie nazbyt śmiała- dostrzec w filmie Cicha noc znamiona tragedii antycznej. Jedność czasu i miejsca potęguje to wrażenie, ale ważniejszym argumentem wydaje się pojęcie hybris- dumy, która zaburza postrzeganie rzeczywistości. Adam pozornie wydaje się panować nad sytuacją. Mimo przeciwności losu, mozolnie, z trudem, lecz pokonuje kolejne przeszkody i z dużą determinacją zmierza do celu. Problem w tym, iż cała wizja, którą sobie zbudował, pozbawiona była fundamentów. Fatalistycznie rzecz ujmując - nie miał żadnych szans. Nie znając prawdy, w beztroskiej nieświadomości, buduje obraz raju, który nie mógł się ziścić. A może znamiona klęski tkwią jeszcze głębiej, w przeszłości - braku ojca, wzoru do naśladowania i opoki, na której Adam mógłby się oprzeć. Machinalnie wchodzi w rolę głowy rodziny, co w filmie przybiera znamiona groteskowe - zakłada spodnie ojca, które niemal idealnie na niego pasują (prosty pomysł i świetna scena). A może trzeba przyczyn klęski szukać jeszcze głębiej- w bohaterze siedzi kołtun, dorobkiewicz, emigrant ze sztuki Mrożka - Polak po prostu. Uświęcony przez wielowiekową tradycję, potwierdzoną zarówno ucztą wigilijną, jak sztafetą pokoleń w opróżnianiu butelek ( abstynencja ojca i pijackie mądrości dziadka to inna strona tego samego medalu).Te wszystkie drobne rytuały, i te wiekowe, i te nowe, banalne, to piętno kainowe tej rodziny, Adama, Polaków. Tak trudno zerwać z tą tradycją, bo choć toksyczna- jak koszula Dejaniry- sącząca jad powoli przez wiele lat, jest przecież nasza, swojska, płynie z nas i tkwi w nas. Zaledwie jeden dzień, jedna noc, kilka godzin i to w sytuacji, kiedy wydaje się, że bohater stoi nieco z boku, jako przybysz stamtąd, a wigilijna kolacja, jak czarna dziura, wciąga bohatera na wzór antycznego fatum. I nie chce puścić. Jak wtedy, kiedy staje w obronie uderzonej siostry. Odzywa się poczucie obowiązku, więzy krwi, wyłania się z niego starszy brat, który broni honoru swojej rodziny( łatwiej zresztą pobić szwagra niż własnego brata, który przespał się z jego narzeczoną). Rodzina nie puszcza, bo siedzi w nim.

Ale siłą tego obrazu jest jego niejednoznaczność. Adam jednak, choć pozornie trudno to dostrzec, zmienia się, dojrzewa. Domalewski daje swoją bohaterowi szansę. I to już w punkcie startu. Pierwsza scena w autobusie, którym Adam zmierza do domu, sytuuje go w opozycji do reszty pasażerów. Adam nie utożsamia się z nimi, czuje się lepszy, a na pewno inny. Nie przeszkadza to mu jednak stanąć w szeregu rodaków obsikujących pobocze. I tak do końca, jeden krok w przód, jeden do tyłu. To rozchwianie, żeby nie powiedzieć rozdarcie wewnętrzne, jest paliwem dramaturgicznym Cichej nocy. Na rozstrzygnięcie tego pojedynku czekamy cały film, zwłaszcza że reżyser umiejętnie balansuje między tymi dwoma postawami. Ciekawą funkcję w tych zmaganiach odgrywa kamera bohatera. Pojawia się w zasadzie od pierwszej sceny i klamrowo kończy film. Pozwala Adamowi przyjąć rolę obserwatora, zdystansować się, stanąć z boku. Staje się rodzajem tarczy przed rzeczywistością i wyznacza mu już rolę kogoś z zewnątrz. A jednocześnie jest dowodem przynależności do tego świata, dowodem, że nie może uciec (a może nie chce). To coś więcej niż sentyment, to próba utrwalenia tego obrazu, wyrycia go w myślach, sercu swego dziecka. Stworzenia mitu krainy dzieciństwa, polskości. To przekazania piętna swej rodziny kolejnemu pokolenia, wyrycia takiej a nie innej Polski w mentalności potomka.

I tu powróćmy do słów ojca o byciu Polakiem za granicą i człowiekiem na ziemi ojczystej. Stawia to Adama przed kluczowymi pytaniami- jakim chce być Polakiem, czy w ogóle chce być Polakiem, czy Polska to rodzina, czy można poza granicami kraju być sobą, być człowiekiem? Adam tak czy inaczej musi dokonać wyboru, podobnie zresztą jak reszta rodzeństwa. Siostra już dokonała- uciekła z jednego toksycznego środowiska w drugie i świadomie wybiera rolę ofiary. Młodszy brat wypełnia powinność wobec rodziny i „godnie zastępuje” Adama. Nie tylko wrócił z zagranicy, ale będzie miał żonę, dziecko, wyremontowany dom po dziadku. Nawet drzewo się pojawi (choć znowu w formule nieco groteskowej). To Paweł przynosi do domu rodzinnego choinkę świąteczną z lasu. I chyba nie przypadkowo odsyła pogryzionego przez psa Adama, a sam zostaje- mimo zagrożenia- w lesie. Nie przypadkiem też we wcześniejszej scenie nie chce dopuścić brata do naprawy samochodu. Przygotowuje grunt, żeby zastąpić Adama w  roli  głowy całej familii. Rywalizacja braci ujawnia się niemal na każdym kroku i choć nie przyjmuje tu znamion tragicznego zmagania się Abla i Kaina, to jest wyrazista i symboliczna. Nawet najmłodsza siostra Kasia, która wydaje się wytworem innej już rzeczywistości, dokonuje w finale symbolicznego wyboru, mówiąc „Wolę być ze wszystkimi”

I ten wybór- mimo swej oczywistości- wcale mnie nie krzepi. Ale bohatera nie porwie siła wspólnoty i magiczna moc wigilijnej nocy. Jak biblijny Adam- choć wybór imienia jest pewnie przypadkowy- skazuje się na wygnanie z „raju”, jakim jest rodzina. I pytanie kluczowe - czy to dobrze czy źle? Odpowiedź nie jest łatwa, a reżyser nie ułatwia nam tego zadania. Wiele scen ma sprzeczne znaki interpretacyjne. Szczególnie ciekawie wypada w tym kontekście scena koncertu najmłodszej siostry. Jej popisowy występ, będący typowym rzępoleniem, jest znakiem realizmu otaczającej bohatera rzeczywistości. Poświęcenie ojca, duma rodziny, pracowitość i ambicja dziewczynki zostają zdemaskowane. Mimo wigilijnej nocy, moc magii nie zadziała- zaskrzeczała pospolitość. Maska opada. Ale już za drugim razem skowyt skrzypiec przemienia się w piękną podniosłą melodię, wigilijna nuta brzmi czysto i pięknie. Tym razem muzyka płynie już z duszy Adama, jest marzeniem i wspomnieniem jednocześnie. Takie to polskie, takie prawdziwe. Podobnie sprzeczne konotacje budzi scena pożaru. To zarówno znak klęski bohatera, apokaliptycznego żywiołu, w którym bohater traci wszystko. Ale też żywioł oczyszczający, jakiś rodzaj katharsis. Domalewski zresztą wielokrotnie podkreślał swój pozytywny stosunek do tej rodziny. I to w filmie się czuje. Trudno tych bohaterów nie polubić, mimo ich wad i słabości, w sposobie portretowania wyczuwamy ciepło.

Czy to oznacza, że twórca filmu staje przeciw Adamowi? Chyba jednak nie, bo bohater dojrzewa; widzimy powolne, żmudne, ale docieranie do metamorfozy. Nie tyle widzimy, co czujemy. Zobaczmy, kiedy bohater wydaje się najszczęśliwszy. To moment, kiedy podczas kradzieży choinki z lasu goni go i Pawła pies. Powrót do dzieciństwa- pewnie tak. Spontaniczna radość i prosta, ale szczera wieź braterska -taka o znamionach przyjacielskich. W tym momencie, kiedy uciekają przed psem, pojawia się poczucie wspólnoty, jakiej nie ma przy stole rodzinnym. Potem wraca rywalizacja, brak komunikacji, niedomówienia. To, co niszczy te relacje, to właśnie rodzina, powinności, zobowiązania, role, które trzeba odegrać. A przecież więzy krwi nie odgrywają też większej roli w relacji z Kasią. Ta dwójka się po prostu lubi, nie musi sobie niczego udowadniać. Stąd drugi koncert skrzypcowy rozgrywa się tylko już przed Adamem jako jedynym widzem.

Kluczowa jednak wydaje się rozmowa z ojcem. To być może najlepsza scena filmu. Ojciec- trochę paradoksalnie- po dwóch miesiącach niepicia, sięgając po butelkę, wyzwala się z zaklętego kręgu i staje na wysokości zadania. Kiedy Adam oczekuje jego połajanek, spodziewa się tylko rozczarowania, dostaje bilet do wolności. Ojcowskie „jestem z Ciebie dumny” uwalnia go. Już nic nie musi udowadniać sobie i innym. Adam chyba nawet z tego nie zdaje sobie sprawę, raczej podświadomie wyczuwa. I znów paradoks- tym, który ostatecznie przypieczętuje jego wolność, jest brat, który zabierze mu narzeczoną i dziecko. I uwalnia go od iluzji

Oczywiście Adam straci wszystko, a wizja szczęścia za granicą legnie w gruzach. Raj jest nie osiągalny ani tu, ani tam. Ale przecież nie o idealną krainę chodzi, tylko o stworzenie sobie miejsca na ziemi, znalezienia samego siebie. Wszędzie przecież można być obcym - czasami najbardziej we własnym domu- o czym się sam bohater przekonał. Dopiero teraz tak naprawdę Adam rusza w podróż, dopiero teraz ma szansę znaleźć ten swój zakątek. Być może tę nadzieję w filmie trudno dostrzec, ale nie poczytywałbym tego za słabość obrazu. Ta nieoczywistość pozwala mi na postawienie - karkołomnej dla wielu- tezy, że jedynym wygranym jest Adam. I dlatego, kiedy przychodzi oddać klucze narzeczonej i widzi obok niej śpiącego Pawła, nie krzyczy, nie płacze, nie rzuca się wściekle, nie złorzeczy. Po prostu odchodzi. Ten gest rezygnacji to jego zwycięstwo. Teraz jest wolny i - jeszcze raz powtórzę - niczego nie musi. Przed nim długa droga, może zakończona klęska, ale jego własna. W finale zabrakło mi tylko jednego gestu- czekałem aż bohater skasuje filmowy zapis w kamerze. Nie ma potomka, to i nie ma obrazkowej historii własnej pzeszłości. Ale potem pomyślałem, że ten gest byłby zbyt ostentacyjny, zbyt teatralny i nie pasowałby do Adama. A ponadto tam znajdują się życzenia od najmłodszej siostry. Takie proste i banalne przesłanie -żeby był szczęśliwy. Może po prostu o to w życiu chodzi i i słowa Kasi budują w zakończeniu jakąś nadzieję.

Jeśli to wszystko nie przekonuje, to pozostaje dostrzec po prostu kawał dobrej roboty filmowej. To naprawdę świetnie skonstruowana, dobrze opowiedziana historia, która w ręku debiutanta nabiera sznytu autorskiego. W stosunkowo niewielkiej formie Domalewski zawarł bardzo dużo. Dużo spostrzeżeń, dużo emocji, dużo obrazów. Film jest zwarty, nie ma tu elementów niepotrzebnych. Nie jest efektowny, ale za to efektywny. Wiele scen ze sobą po prostu rozmawia, obrazy przenikają się, współgrają, tworzą różne możliwości interpretacyjne. Dialogi są dobre, tchną autentycznością. Metafora nie jest nachalna, ani oczywista. Cicha noc wydaje się zresztą bardzo jednorodna. I to jest fakt, który może widzowi przeszkadzać. Chwyty dramaturgiczne są stonowane, Jeśli pojawiły się wcześniej skojarzenia z tragedią antyczną, to na pewno reżyser rezygnuje z wysokiego tonu. Patos tu nie gości. Katastrofy i perypetie nie mają ogromnej siły dramaturgicznej, a filmu nie kończy przejmujący krzyk. Finał emocjonalnie się rozpływa, ale przecież to „cicha noc”. Stąd mamy pasterkę i delikatne kołysanie kolędy. I wydaje mi się, że to bardzo przemyślana koncepcja. Siła rażenia jest mniejsza, ale dzieło Domalewskiego drąży emocjonalnie, niepokoi, drażni. Trzeba też docenić kilka ciekawych pomysłów, jak ten z kamerą, i trafnie nakreślone postacie. Nie są to psychologiczne bomby, ale za pomocą kilku kresek twórcy tworzą bohaterów wyrazistych i prawdziwych, a jednocześnie o znamionach archetypicznych. Na osobną uwagę zasługuje - nagrodzony zresztą w Gdyni- Dawid Ogrodnik. Naprawdę bardzo dobra rola. Także nieefektowna. Niewiele się dzieje na twarzy bohatera, ale czujemy, jak podskórnie kumulują się w nim przeróżne emocje. W konfrontacji z poszczególnymi członkami rodziny zawsze jest trochę inny, a jednocześnie jego postać nic nie traci na jednorodności. Wszystko wydaje się zaplanowane w konstruowaniu  osoby Adama, a jednak nie wyczuwamy żadnej sztuczności. Jest taki zwyczajny, taki prawdziwy, taki nasz. Ogrodnik nie wchodzi w rolę, jest po prostu Adamem, a w ten sposób jednym z nas.

Wydaje się też niesprawiedliwe napiętnowanie tego filmu Smażowskim. Oczywiście tych twórców wiele łączy (pamiętając, iż Domalewski nakręcił dotąd jeden film), ale twórca Cichej nocy ma swój własny język. Świat Smarzowskiego często jest smolisty, tu tonacja jest rozświetlona- i przez humor 
( często czarny), i pewną czułość reżysera wobec przedstawionego świata. Domalewski broni swych bohaterów, broni ich słabości. Antyestetyzm u Domalewskiego to też bardziej realizm, a nie dominująca estetyka. Groteska jest delikatniejsza i ma często wymiar komiczny. Myślę, że twórca Cichej nocy wygrywa własną  filmową nutę i muszę powiedzieć, że mi się ona podoba.


I tak dochodzę do konkluzji- TO BARDZO DOBRY FILM. I choć ten obraz mnie nie uwiódł, rozumiem, dlaczego wygrał Gdynię. Rozumiem jego siłę. Ten film uwiera jak kamyk w bucie- niby nic, ale przeszkadza, nie daje spokoju. Wraca i męczy. I stawia naprawdę ważne pytania- mnie jako Polakowi, mnie jako człowiekowi. Pytania, które boleśnie są trudne - Czy ważniejsze jest być dobrym Polakiem czy dobrym człowiekiem? Czy żeby być sobą, najpierw trzeba zabić w sobie rodzinę, czy żeby się uwolnić, trzeba wyrzec się świata, który nas ukształtował?
I te pytania będą  wracać do nas, a Cicha noc nam to umożliwia.

tomasz miś